Mieczysław Abramowicz


PODRÓŻ ŻYCIA   

W siedemdziesiątą rocznicę Kindertransportów
 

 

 Transport, którego nie było

 Równolegle z przygotowaniami do pierwszego Kindertransportu organizowano wyjazd drugiej grupy dzieci do Londynu. Przebywający w Londynie Ernst Berent i Julius Becker otrzymali od German Jewish Aid Committee i World Movement for Care of Children Coming from Germany wstępne przyrzeczenie przyjęcia na Wyspach Brytyjskich kolejnej setki dzieci z Gdańska. Przy Targu Siennym 6, nowej siedzibie biur Gminy Synagogalnej, skompletowano listę dzieci do drugiego transportu. Powstała ona już pod koniec lutego. Do „II. Transport nach England” zakwalifikowano 94 dzieci (trzydzieści cztery dziewczynki i sześćdziesięciu chłopców). Analizując listę (jej kopię otrzymaliśmy z Illinois Holocaust Museum and Education Center w Skokie, USA) widzimy, że większość dzieci pochodziła z rodzin tzw. Ost-Juden, świeżej daty emigrantów z Europy Wschodniej, a dokładniej: z rodzin Żydów polskich. Dzieci, jako miejsce urodzenia podany mają Gdańsk, rzadko Łódź lub inne polskie miasto, a w wyjątkowych przypadkach takie miasta jak Wiedeń, czy Görlitz. Ich rodzice zaś pochodzili z Łodzi, Białegostoku, Warszawy, Grodna, Wilna, Berdyczowa, Kalisza, Nieszawy, Stanisławowa oraz w pojedynczych wypadkach z Kartuz i Tucholi. Znakomita większość dzieci nie mogła pochwalić się żadną przynależnością państwową, były „Staatenlos”, bezpaństwowcami (jak większość Żydów gdańskich w owym czasie), status niektórych określony został, jako „niewyjaśniony”, niespełna dwadzieścioro legitymowało się obywatelstwem gdańskim, a kilkoro niemieckim.

Korespondencja na temat wysłania drugiego Kindertransportu trwała między Gminą Synagogalną w Gdańsku, a oboma londyńskimi organizacjami oraz między Berentem i Beckerem, a Gdańskiem przez cały luty. Niestety pod koniec miesiąca dotarło do Gdańska pismo, które przekreśliło wszelkie nadzieje na wyjazd dzieci:

„Szanowni Panowie, z przykrością zawiadamiamy, iż znajdujemy się w takim położeniu, w którym nie jesteśmy niestety w stanie wypełnić waszej prośby. Nie uzyskaliśmy zgody Rządu Brytyjskiego (Foreign Office) na przyjęcie kolejnej grupy dzieci. Robimy wszystko, co w naszej mocy, by okazać naszą pomoc, musimy jednak przeprowadzać nasze akcje zgodnie z wytycznymi określonymi przez Rząd Brytyjski”. Kindertransport „94” nie doszedł do skutku.

Przeglądając listy kolejnych transportów dzieci, które wyruszyły z Gdańska do Londynu, znajdujemy na nich nazwiska tylko trzynaściorga dzieci z poprzedniej listy. Pozostałe dzieci musiały zostać w Gdańsku licząc, wraz z rodzicami, na łut szczęścia, który pozwoli im wyrwać się z nazistowskiej matni. Jak wiemy nie wszystkim to się udało.

Na 46. pozycji listy „94” znajduje się nazwisko piętnastoletniego Hermanna Selza, który wraz z matką Juttą mieszkał w Gdańsku przy Brabank 8 (ul. Stara Stocznia). Chłopiec nie wyjechał ani w tym, ani w żadnym innym transporcie dziecięcym. Jego nazwisko znajdujemy, już jednak jako „Nummer 9995”, na liście ofiar KL Stutthof: mający niespełna siedemnaście lat Hermann został zamordowany 26 września 1940 roku. Pochowano go na cmentarzu na Zaspie w kwaterze XIX.

Takich przypadków było zapewne więcej: ci, którym nie udało się w porę wyjechać z Gdańska trafiali do hitlerowskich więzień i obozów zagłady. A stamtąd droga prowadziła tylko w jednym kierunku: ku śmierci.

 Drugi Kindertransport – 5 lipca 1939

 Był to najmniej liczny transport dziecięcy, liczył zaledwie kilkoro uczestników (do tej pory nie udało się ustalić wszystkich nazwisk). Dzieci wyjechały pod opieką nauczyciela Samuela Echta. Gazeta gdańskiej Gminy Synagogalnej, „Jüdisches Gemeindeblatt”, podała w lipcu 1939 roku skład tego transportu, a w nim m.in. Cilly Salomon. Panna Salomon nie wyruszyła, co prawda, do Londynu tym transportem, ale przywołajmy fragment jej wspomnień, by lepiej zrozumieć trudności, z jakimi spotykali się na swej emigranckiej drodze młodzi uciekinierzy:

 „W Anglii miałam krewnych, dostałam zaproszenie i udało mi się uzyskać wizę, a było to bardzo trudne w angielskim konsulacie. Przyjechałam do Anglii na dwutygodniową wizę, ale udało mi się tutaj pozostać. Miałam bardzo dużo kłopotów, ponieważ wiele razy chciano mnie odesłać. Gdańsk nie był terytorium Niemiec, ale wojna tak bardzo się zbliżała, że udało mi się tutaj zostać. Oczywiście miałam okropną podróż do Anglii i często myślę o tej podróży. Jechałam przez Berlin i wsiadłam do pociągu do Holandii, trafiłam do przedziału z okropnymi nazistkami. Ja miałam zaledwie 17 lat, a one mi mówiły – Chcesz wyjechać? Na pewno cię stąd wyciągną. Nagle drzwi się otworzyły do przedziału i wszedł mężczyzna i powiedział: – Chodź, nie możesz tu zostać. Wziął moją walizkę i zaprowadził mnie do przedziału, gdzie byli Czesi i Holendrzy, czyli musieli mnie obserwować. Dzięki temu, kiedy przyszedł konduktor i otworzył drzwi, stwierdził, że to tylko sami Holendrzy. Nikt nawet nie patrzył na mój paszport. Czyli miałam szczęście, udało mi się dzięki temu bezpiecznie dotrzeć do Anglii. Była to jednak okropna podróż, ale miałam szczęście”.

 Trzeci Kindertransport – 10 lipca 1939

 Relacja (niestety nie wolna od błędów) na temat drugiego (zrealizowanego) i trzeciego Kindertransportu ukazała się w „Jüdisches Gemeindeblatt” 14 lipca 1939 pod tytułem Drugi i trzeci transport dzieci:

„Dwa miesiące po pierwszym transporcie dzieci, w którym do Anglii wyjechało 75 dzieci, wyjechały teraz do Anglii dwie kolejne grupy, tym samym podwyższając ogólną liczbę umieszczonych tam dzieci do stu. Następujące dzieci wyjechały 5. lipca pod opieką kierownika szkoły, pana Echta: Thea Cohn, Eva Hirsch, Thea Lange, Cilly i Ruth Salomon [w rzeczywistości Ruth Salomon wyjechała do Londynu w transporcie majowym, a Cilly trafiła do Anglii samodzielnie – MA], Heinz Saß. Po nich wyjechali 10 lipca: Lilly Cohn, Heinz Danziger, Manja Dobkin, Ilse Goldschmidt, Irene i Klaus Jacoby, Elias Jaffe, Hans Günter i Siegmund Lewinsohn, Hans Speier, Siegfried Heymann, rodzeństwo Gordon, rodzeństwo Hirsch i Sonntag. Ta grupa była pod opieką pani Else Itzig.

Wyjazdowi dzieci ponownie w drodze na dworzec towarzyszyli liczni rodzice i przyjaciele, w większości ze świadomością, że wkrótce i ich dzieci mogą znaleźć się na tych emigracyjnych drogach, ale również z myślą o szczególnie bolesnej rozłące i w obawie, że to rozdzielenie przez lądy i morza może potrwać latami. Pewność, że dzieci otoczone będą najserdeczniejszą opieką pomagała wszystkim znosić ciężar pożegnania.

Kierownicy wszystkich grup, począwszy od pierwszej z maja, pracują nad tym, by wyjednać w Anglii w dalszych negocjacjach zgodę na przyjęcie kolejnych dzieci z Gdańska”.

 Elias (Ernest) Jaffe, uczestnik trzeciego Kindertransportu, tak wspomina: „Urodziłem się w Langfuhr w klinice położniczej 13 sierpnia 1924. Mieszkaliśmy przy Breitgasse, ponieważ mój ojciec miał tam sklep, czyli mieszkaliśmy nad sklepem. Ale przedtem mieszkaliśmy gdzie indziej. Byłem w Gdańsku kilka razy, ponieważ mój ojciec został zamordowany w Stutthof, w obozie koncentracyjnym, ale został pochowany w Gdańsku. Po pięćdziesięciu latach Polacy postawili tam pomnik cmentarny, ale ten nagrobek był zły. Wszystko tam się zgadzało z wyjątkiem jednej rzeczy. Nazwisko było Jaffa zamiast Jaffe. Cały rok zajęło mi poprawianie tego, ale zostało zmienione, i mam zdjęcie tego kamienia. Przyjechałem do Anglii Kindertransportem 5 lipca 1939 roku. Kiedy przyjechałem wojna się już zbliżała i zostaliśmy wysłani do Barnham [koło Epswich – MA]. Był to taki obóz dla uchodźców. Stamtąd trafiłem do Southampton. Miałem w tym dużo szczęścia, bo byłem wrogim cudzoziemcem, nie mogłem odwiedzać niektórych części Anglii. Oto moja historia”.

Kilka tygodni po złożeniu tej relacji w marcu 2008 roku Elias Jaffe zmarł.

 Czwarty Kindertransport – 25 sierpnia 1939

 W organizację czwartego, jak się okazało ostatniego, Kindertransportu włączył się aktywnie Erwin Lichtenstein, były syndyk gdańskiej Gminy Synagogalnej, który 11 sierpnia uzyskał od angielskiego konsula w Gdańsku, sir Francisa M. Shepherda, zapewnienie, że zostanie w Anglii przyjęta następna grupa dzieci, i że odpowiednie zezwolenia są już gotowe w Foreign Office. Kilka dni później Lichtenstein wyjechał do Paryża na konferencję zorganizowaną przez American Jewish Joint Distribution Commitee, gdzie relacjonował przebieg dotychczasowej akcji emigracyjnej w Gdańsku i zabiegał o sfinansowanie czwartego Kindertransportu przez Joint. Być może dlatego, że wszyscy uczestnicy konferencji byli pod wrażeniem informacji o zawartym właśnie niemiecko-sowieckim pakcie Ribbentropa i Mołotowa, co przesądzało o bardzo bliskim wybuchu wojny, negocjacje finansowe przebiegały bardzo sprawnie. Oczekiwania gdańskiej Gminy Synagogalnej poparli m.in. przedstawiciele Gminy Wyznaniowej z Wiednia i rezydent Jointu w Warszawie, Giterman, który sytuację gdańskich Żydów znał bardzo dobrze. Pieniądze na transport dzieci zostały przyznane i tę wiadomość Lichtenstein przekazał natychmiast telefonicznie do Gdańska. Należało się spieszyć, bowiem wojna wybuchnąć mogła w każdej chwili.

25 sierpnia, tydzień przed atakiem Niemiec na Polskę, ostatni Kindertransport wyruszył z Gdańska do Londynu.

 Frank Meisler, uczestnik tego transportu, tak wspomina: „Był doktor Itzig i ktoś z gestapo jechał z nami. Wyjechaliśmy autobusem, przejechaliśmy na druga stronę Odry, wsiedliśmy do pociągu i pojechaliśmy do Berlina, całą noc. Przyjechaliśmy o czwartej nad ranem na Friedrichstrasse. I tam na nas czekała moja ciocia z owocami dla wszystkich dzieci. Moja mama zadzwoniła do niej i powiedziała, że właśnie przyjedziemy i ona na nas czekała. Na Friedrichstrasse zmieniliśmy pociąg na pociąg do Holandii. Na granicy holenderskiej wysiadł ten mężczyzna z gestapo i powiedział, że Londyn nie jest dla niego dobrym miejscem, bo tam jest za dużo deszczu i za dużo mgły.

Pojechaliśmy dalej.

Przyjechaliśmy do Hook of Holland. I tam wsiedliśmy na prom. Pięć-sześć godzin trwała podróż. Rano dotarliśmy do kolejnego portu. I stamtąd pociągiem do Liverpool Street Station w Londynie. Bardzo blisko do Bank of England. Tam czekali na nas ludzie.

Walter, brat Hansa Bossa, z pierwszego transportu, trafił do radykalnej sekty chrześcijańskiej Adwentystów Dnia Siódmego, stracił kontakt z kulturą żydowską, ożenił się z chrześcijanką, wyjechał do Australii, ma dzieci i wnuki, które nie mają nic wspólnego z kulturą żydowską. Ich ojcem był Georg Boss.

Wiele dzieci trafiło do nieciekawych, nie do końca określonych miejsc.

Jedna dziewczynka trafiła do domu tradycyjnie, mocno religijnego, żydowskiego i wielokrotnie była gwałcona przez ojca tej rodziny. Ten religijny Żyd wielokrotnie ją gwałcił.

Ten, który trafił do sekty lepiej na tym wyszedł.

Pewna grupa dzieci trafiła do domu dziecka specjalnie dla nich stworzonego

Czasami było w porządku, czasami nie”.

 Inne drogi

 Głównym kierunkiem emigracji żydowskiej z Gdańska był pod koniec lat 30. Londyn. Ci, którzy mogli wyjechać indywidualnie, zdobywając emigracyjne wizy, przygotowywali na miejscu warunki do ściągnięcia bliskich. Często jednak na przeszkodzie w połączeniu rodzin stawały problemy finansowe i utrudnienia piętrzone przez władze brytyjskie. Dla wielu osób (szczególnie tych bardziej zamożnych, którym udało się w porę przelać pieniądze na konta w zachodnich bankach) Londyn był jedynie stacją przesiadkową; z Anglii płynęli do Stanów Zjednoczonych, Ameryki Południowej, a nawet Afryki. Wielu dążyło do Palestyny – Ziemi Obiecanej.

Były jednak i inne kierunki żydowskiej emigracji z Gdańska.

 

 

 

[1] [2] [3] [4]