Mieczysław Abramowicz


PODRÓŻ ŻYCIA   

W siedemdziesiątą rocznicę Kindertransportów
 

 

Do rodziców dzieci podlegających obowiązkowi szkolnemu. Zawiadomiono nas, że jest możliwość przewiezienia do Anglii małej ilości dzieci między 9, a 14 rokiem życia.

Ci rodzice, którzy mają życzenie, by uwzględnić ich dzieci, zechcą wypełnić załączony poniżej formularz i dołączyć trzy fotografie dziecka. Podania należy składać w biurze Gminy przy Heumarkt 6 do dnia 23 lutego br.

Wskazuje się jednocześnie wyraźnie, że zarejestrowanie dziecka nie daje w żadnym wypadku gwarancji, że dziecko weźmie udział w wyjeździe, bowiem liczba będących do dyspozycji miejsc nie jest jeszcze określona”.

 Pismo tej treści Zarząd Gminy Synagogalnej w Gdańsku wysłał 15 lutego 1939 roku do rodziców wszystkich uczniów żydowskich szkół elementarnych na terenie Wolnego Miasta Gdańska. Rozpoczęto przygotowania do Kindertransportów, wielkiej akcji ratowania żydowskich dzieci. Podobnej do tej, która już w grudniu 1938 roku objęła swoim zasięgiem wszystkie większe miasta niemieckie oraz te (jak Praga i Wiedeń), które w wyniku drapieżnej ekspansji hitlerowskiej Trzeciej Rzeszy znalazły się pod władzą nazistów. Bezpośrednią przyczyną wzmożonej akcji emigracyjnej były krwawe pogromy, które pod nazwą „nocy kryształowej” przetoczyły się na początku listopada 1938 przez Niemcy, Austrię i Wolne Miasto Gdańsk. W ich wyniku niemieccy i austriaccy naziści zabili blisko stu Żydów, spalili 267 synagog i budynków należących do gmin żydowskich, zniszczyli dziesiątki tysięcy żydowskich sklepów i mieszkań, tysiące Żydów zesłano do obozów koncentracyjnych. W Wolnym Mieście Gdańsku pobito kilkadziesiąt osób, wiele aresztowano, doszczętnie zniszczono synagogi w Sopocie i na Mattenbuden (ul. Szopy) w Gdańsku. Próbowano spalić Nową Synagogę we Wrzeszczu i Wielką przy Reitbahn (dziś ul. Bogusławskiego) w Gdańsku.

 Transporty dziecięce

 Już w lipcu 1938 roku, a więc na kilka miesięcy przed „nocą kryształową”, oficjalni wysłannicy trzydziestu trzech krajów Europy i obu Ameryk (Polski nie zaproszono na konferencję) spotkali się w Évian-les-Bains nad Jeziorem Genewskim we Francji, by obradować nad problemem uchodźców europejskich. „Uchodźców” czyli niemieckich, austriackich i polskich Żydów. Przedstawiciele większości państw biorących udział w konferencji stwierdzili, że pomimo ogromnego współczucia dla prześladowanych Żydów europejskich nie są w stanie przyjąć u siebie wielkiej fali uciekinierów. Jedynie Republika Dominikańska zgodziła się bez zastrzeżeń przyjąć dużą ich liczbę. Dyskutowano możliwości stworzenia potencjalnych miejsc dla osadnictwa żydowskiego, publicznie potępiano (choć w niezbyt ostrych słowach) politykę antyżydowską Hitlera lecz rządy państw demokratycznych konsekwentnie podtrzymywały niechęć do przyjmowania u siebie żydowskich uciekinierów. Jedyną „pozytywną” konsekwencją konferencji w Évian była wspólna zgoda na... ponowne zwołanie konferencji w tej sprawie.

W tej sytuacji główny ciężar organizowania szeroko zakrojonej pomocy Żydom europejskim spoczął na organizacjach – dziś powiedzielibyśmy – pozarządowych. W samym Zjednoczonym Królestwie organizacji takich było co najmniej kilkanaście, wśród nich najbardziej aktywne: British Committee for Refugees from Czechoslovakia, German Jewish Aid Committee, World Movement for Care of Children Coming from Germany oraz kwakrzy, członkowie Towarzystwa Przyjaciół (Society of Friends), protestanckiego ruchu religijnego, skrajnego odłamu angielskiego purytanizmu. Podobne organizacje powstawały we Francji, Belgii, Holandii, a nawet w faszystowskich Włoszech.

W dziele pomocy zagrożonym Żydom wyróżniły się też w owym czasie pojedyncze osoby, które swymi, często brawurowymi, działaniami wyrwały z rąk nazistów tysiące Żydów: Lola Hahn-Warburg, która już od roku 1933 organizowała w Niemczech pomoc dla dzieci żydowskich i wywoziła je do Anglii, rabin Solomon Schoenfeld, który uratował blisko tysiąc dzieci ortodoksyjnych (m.in. z Gdańska), profesor Bentwich organizował trasy ucieczki dzieci z Holandii, Joan Hoare (kuzynka sir Samuela Hoare, ministra spraw zagranicznych Zjednoczonego Królestwa), która sama poprowadziła autobus z dziećmi z Pragi aż do Holandii, Truus Wijsmuller-Meyer, Holender, który wyprowadził 600 dzieci żydowskich z Rygi do Szwecji i pomógł przemycić grupę dzieci na „nielegalnym” statku z Marsylii do Palestyny i wielu, wielu innych.

Działające w Zjednoczonym Królestwie komitety pomocy dla żydowskich uciekinierów stworzyły silne lobby i wywierały zdecydowany wpływ na rząd Jego Królewskiej Mości, by ten podjął instytucjonalną próbę ratowania Żydów. W wyniku tych nacisków oraz w wyniku zdecydowanego wystąpienia ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii sir Samuela Hoare („Tutaj jest szansa uratowania młodego pokolenia, tutaj jest szansa złagodzenia strasznych cierpień, które dotykają ich rodziców i ich przyjaciół”) Anglia zgodziła się na przyjęcie na swoim terytorium „nieokreślonej” – jak podano – liczby dzieci do 17. roku życia.

Pierwszy Kindertransport przybył do Harwich w Anglii 2. grudnia 1938, przywożąc 196 dzieci z Berlina, z żydowskiego sierocińca zaatakowanego przez hitlerowskie bojówki podczas nocy z 9. na 10. listopada. Większość transportów wyruszało specjalnymi pociągami z Wiednia, Berlina, Pragi (tu nawet stworzono most powietrzny: kilka samolotów przewiozło do Londynu kilkaset dzieci żydowskich) i innych wielkich miast pod władzą nazistów (dzieci z mniejszych miast dojeżdżały do większych stacji, by przyłączyć się do transportu). Kierowane były do Holandii lub Belgii, skąd dalej, drogą morską, zdążały do Anglii. Jednak setki dzieci pozostały na kontynencie: albo nie było odpowiedniego dla nich transportu, albo wystarczającej ilości miejsc w Anglii. Kindertransporty ustały wraz z wybuchem wojny we wrześniu 1939. Oficjalnie ostatni transport wyruszył z Berlina 1. września 1939 roku. Oficjalnie, bowiem kilka transportów dzieci żydowskich, pozostałych w Belgii i Holandii, wyruszyło w kierunku Anglii już w trakcie działań wojennych. Rzeczywiście ostatni transport, osiemdziesięciorga dzieci wcześniej ze względów bezpieczeństwa pozostawionych w Holandii, wyruszył na transportowcu s/s „Bodegraven” z portu Ymuiden nad Morzem Północnym 14. maja 1940, w dniu upadku Holandii. W drodze do Anglii statek atakowały niemieckie myśliwce mimo wyraźnych znaków, że jest to statek sanitarny.

Dokładne liczby dzieci przewożonych do Wielkiej Brytanii nie są znane. Szacuje się, że dzięki Kindertransportom uratowano od dziesięciu do jedenastu tysięcy żydowskich dzieci z kontynentu. Pochodziły one w większości z Niemiec (w tym z Prus Wschodnich), Austrii, Wolnego Miasta Gdańska, rozczłonkowanej Czechosłowacji, Łotwy i Estonii oraz – w niewielkiej ilości – z Polski. Żadnemu z transportów nie towarzyszyli rodzice. Kilku transportom nie towarzyszyli nawet żadni dorośli: dzieci podróżowały same.

Transporty przybywały do Londynu, na stację Liverpool Street. Tam część dzieci odbierały angielskie rodziny lub sierocińce. Te spośród dzieci, na które nikt nie czekał trafiały do obozu przejściowego w Dovercourt.

 Ucieczka z Gdańska

 Organizacją gdańskich Kindertransportów zajęła się Gmina Synagogalna oraz nauczyciele żydowskiej szkoły elementarnej. W akcję szczególnie aktywnie włączyli się: ówczesny (do listopada 1938 roku) przewodniczący gminy, Ernst Berent, członek jej zarządu, gdański kupiec towarów żelaznych, Julius Becker oraz Erwin Lichtenstein i nauczyciele Curt Itzig i Samuel Echt.

Berent (wcześniej przez wiele lat radca Senatu Wolnego Miasta Gdańska) poświęcił się całkowicie sprawie ratowania zagrożonych współbraci. Był stałym „petentem” urzędów senackich, prowadził wielotygodniowe pertraktacje z gdańską policją, był w stałym kontakcie z konsulem brytyjskim i angielskimi oraz międzynarodowymi organizacjami niosącymi pomoc europejskim Żydom. Po wyjeździe z Gdańska był głównym gdańskim negocjatorem w Londynie w sprawie Kindertransportów. O zaangażowaniu i determinacji Berenta w ratowaniu gdańskich dzieci świadczy zachowana w londyńskim archiwum rodzinnym Renée Martin (córki Ernsta Berenta) korespondencja ojca: walczył o każde dziecko, próbował, na ile mu sił starczyło, wyrwać z hitlerowskiej matni jak najwięcej dzieci; gdy, na przykład, panna Kamnitzer, już zakwalifikowana do transportu, uzyskała inną drogą wizę emigracyjną, Berent przez blisko dwa miesiące walczył o wykorzystanie zwolnionego miejsca, w efekcie za pannę Kamnitzer wyjechało z Gdańska dwoje dzieci.

 Pierwszy Kindertransport – 3 maja 1939

 Już na początku marca gotowa była lista dzieci, które wyruszą do Londynu pierwszym Kindertransportem. Do momentu wyjazdu była kilkakrotnie uzupełniana i zmieniana (jak np. w przypadku panny Kamnitzer). Wynikało to głównie z bardzo dynamicznej sytuacji, jaka panowała wówczas w Gdańsku: wielu rodziców, mimo, iż ich dzieci znalazły się na liście wyjeżdżających, próbowało niezależnie od tego inną drogą wysłać swoje dzieci do Anglii. Wielu to się udawało. Tych, którzy wyjeżdżali samodzielnie na liście Kindertransportu zastępowali inni.

Ponieważ koszty podróży, opłat wizowych, wyżywienia podczas podróży nie były małe, Ernst Berent zwrócił się o pomoc do Anglo-Palestine Bank w Londynie. Pomoc finansowa w niebagatelnej sumie 550 funtów została udzielona, co pozwoliło włączyć do transportu dzieci z biedniejszych rodzin.

Żadna polska, ani niemiecka gazeta w Gdańsku nie napisała o wyjeździe dzieci żydowskich do Anglii. Duży artykuł wraz ze zdjęciem całej grupy opublikowała na pierwszej stronie jedynie gazeta gdańskiej Gminy Synagogalnej „Jüdisches Gemeindeblatt”. Krótką notkę zamieścił również „The New York Times” w wydaniu z 6. maja, a angielska kronika filmowa poświęciła przyjazdowi gdańskich dzieci dwadzieścia sekund w wydaniu tygodniowym.

Karl Ruhm, uczestnik pierwszego Kindertransportu z Gdańska wspomina:

 „zostałem włączony do Kindertransportu z 3. maja 1939 roku. Byłem najstarszy spośród 94. dzieci. Musieliśmy zebrać się na nabrzeżu celnym na Wyspie Spichrzów wczesnym rankiem 3. maja. Dzieci zostały rozdzielone z rodzicami, na chodniku przed urzędem celnym zaczęto kontrolować nasz bagaż – każde dziecko mogło zabrać ze sobą średniej wielkości walizkę, a rzeczy z nich wyrzucano na chodnik. Potem każdemu dziecku przypięto do ubrania etykietę – kartkę z imieniem i nazwiskiem i wtedy wsiedliśmy do dwóch autobusów. Rodzicom pozwolono tylko powiedzieć „do widzenia”. W mojej pamięci tkwi nieustannie obraz pewnego małego człowieka, który płakał niepowstrzymanie i całował, wysuniętą przez okno, rękę swojego syna.

Autobusami dojechaliśmy do Malborka (Marienburg) w Prusach Wschodnich i zostaliśmy zamknięci na klucz w pociągu do Holandii. Wkrótce dwaj chłopcy zaczęli się bić i stłukli szybę w oknie w korytarzu. Kiedy wieczorem przybyliśmy do Berlina urzędnik kolei powiedział, że ten wagon nie może dalej jechać i że można wymienić wagon tylko wtedy, gdy zapłacimy za rozbitą szybę. Ponieważ nikt nie miał żadnych pieniędzy, było to niemożliwe. Urzędnik kolei zaczął dyskusję z opiekunem naszego transportu, panem Echtem, jak i gdzie wyrzucić dzieci. Przez dobre zrządzenie losu na peronie pojawiła się wtedy przyjaciółka lat dziewczęcych mojej mamy, dr Susanne Schimmel, która przyszła pożegnać się ze mną i ona wyłożyła pieniądze na zapłacenie szkody. To zajęło wiele czasu i biurokratycznej mitręgi, a w końcu, ponieważ stało się już ciemno, powiedziano nam, że mamy 20 minut by przenieść się do innego wagonu, trzeba było przejść jakieś 50 jardów dalej przez szyny, inaczej zostalibyśmy na miejscu. Ponieważ wiele dzieci było bardzo małych, kilku z nas, starszych, musiało nieść większość bagażu do drugiego wagonu w ciemności potykając się o szyny i nie było nikogo, kto by nam pomógł, ale w końcu udało się to zrobić i dotarliśmy do nowego wagonu pociągu, który odszedł punktualnie. Wagon nie miał elektryczności i wody i był oczywiście zamknięty, wszystkie toalety wkrótce zostały zalane, a wszystkie umywalki i sedesy były brudne i cuchnące. My starsi byliśmy zbyt zmęczeni, by zasnąć, siedliśmy razem i przez całą noc rozmawialiśmy, aż zobaczyliśmy cudowny wschód słońca, gdy przekroczyliśmy granicę z Holandią i zatrzymaliśmy się w Oldenzaal. W naszych wagonach pojawili się ludzie z kubkami mleka i z kanapkami, młodsze dzieci zostały zaprowadzone do toalet i łazienek.

Przybyliśmy do Rotterdamu wczesnym popołudniem i pomaszerowaliśmy długą kolumną, prowadzeni przez wysokich policjantów w typowych angielskich uniformach i hełmach, do żydowskiego sierocińca, gdzie mogliśmy się umyć i dostaliśmy solidny posiłek. Potem zostaliśmy wsadzeni do autobusów, które po krótkiej jeździe dowiozły nas do portu Hoek van Holland. Tam wsiedliśmy na prom „Praga” na Kanale Holenderskim. Zająłem kabinę z innym chłopcem (kabina pierwszej klasy, co widzę teraz z biletu, który zachowałem do dziś), starsza stewardessa przyniosła nam kakao i herbatniki. Wtedy mogliśmy, pierwszy raz od 36 godzin, zdjąć nasze ubrania i spać prawie do lądowania w Harwich”.

[1] [2] [3] [4]